22 lutego 2012

pasta di Tropea

nostalgiczne wspomnienie la Dolce Vita


W trakcie naszej zeszłorocznej czerwcowej podróży po południowo - zachodnim wybrzeżu Włoch znaleźlismy się w małej nadmorskiej miejscowości Tropea. Miejscowość jak najbardziej turystyczna, nie wyobrażam sobie co tam się może dziać w « sezone ».  Zatrzymaliśmy sie tam przez przypadek, szukając noclegu, którego nie mieliśmy w planach. Jako, że finanse topniały już na tym etapie a pozostał nam jeszcze tydzień do powrotu, postawiliśmy na opcję tani nocleg i tanie żarcie (o to drugie akurat w tej części Włoch nie trudno). Przez biuro informacji turystycznej znaleźlismy pokój w dużym kompleksie hotelowym, których z reguły unikamy jak ognia, a który, jak się okazało, przylegał do malutkiej zatoczki z turkusową wodą, gdzie nikt się nie kąpał (może dlatego, że hotel świecił pustkami co nam akurat odpowiadało). W dodatku w miejscowym barze serwowali rewelacyjne Prosecco czyli włoski odpowiednik Szampana. Kiedy wrzuciliśmy walizki do pokoju okazało się, że jest on wyposażony w mini kuchnię co podsunęło nam pomysł na własnoręczne przygotowanie kolacji a nie stołowanie się w kolejnej pizzerii. Oczywiście, w tak małej miejscowości, sklepu spożywczego jak na lekarstwo. Królowały przeważnie małe butiki z lokalną specjalnością Limoncello ale to jakoś nie zaspokajało naszych wygłodniałych żołądków. 



Po jakiś dwóch godzinach zwiedzania (okazało się że miejscowość jest nie na darmo tak turystyczna, małe uliczki i niesamowity, magiczny widok na zatokę z falezu koło naszego hotelu po prostu były jak z bajki) znaleźliśmy mini mini sklepik ze wszystkim i z niczym. Przeurocza staruszka za ladą cierpliwie wysłuchała naszego łamanego włoskiego i wyciągnęła spod lady paczkę makaronu, kilka mini pomidorków, bakłażana, czosnek, sól i pieprz, kilka plastrów bresaola i butelkę oliwy. Całość opiewała na astronomiczną sumę 7 euro. Okazało się, że w kieszeniach mieliśmy razem wszystkiego jakieś 6 euro i staruszka ze stoickim spokojem oznajmiła, że to nie szkodzi, że oddamy jej przy okazji (hmm, kiedy w Paryżu brakuje mi czasem 2 centow do zpłacenia za butelkę wody w supermarkecie, to zwykle napotykam tylko i wyłącznie chłodne i ostentacyjne spojrzenie kasjerki, nieprzejednanej w swych obliczeniach). Zdąrzyliśmy już wyjść z owego sklepiku i skierować się w stronę hotelu kiedy staruszka wybiegła za nami z wypiekami na policzkach krzycząc na cały głos « i bazylia, brakuje Wam jeszcze bazylii, jak to tak gotować bez bazylii? ». Zaliczyliśmy pełny opad szczeki i wpatrywaliśmy się dłuższą chwilę w pęczek zieleniny, który wepchnęła nam do siatki. 
Po powrocie do hotelu przyrządziliśmy, więc makaron, który nazwaliśmy « pasta di Tropea » i który zapamiętamy chyba na zawsze. Oprócz zakupionych składników dodaliśmy jeszcze resztki ricotty, którą zakupiliśmy w trakcie zwiedzania regionu Campagna. Na mini balkonie, na stoliku przykrytym dziurawą ceratą, postawiliśmy talerze z dymiącym makaronem, do kieliszków nalaliśmy piekące gardło lokalne vino bianco a całość dopełniały gasnące co chwila od podmuchów wiatru świeczki. Po pysznyej kolacji usiedliśmy na plaży i... postanowiliśmy, że w przyszłym roku...


Na dwie osoby (czas przygotowania 15 min):

250 g makaronu (nam akurat trafil się penne ale każdy inny świetnie się nadaje)
100 g sera ricotta
1 bakłażan
2 ząbki czosnku
kilka małych pomidorków
pęczek bazylii
kilka plastrów szynki bresaola albo di Parma
sól i pieprz do smaku
oliwa



Ugotować makaron na sposób al dente. Pokroić bakłażana w kostkę i podsmażyć na oliwie wraz z drobno posiekanym czosnkiem. Doprawić solą i pieprzem. Pokroić pomidorki w ćwiartki, szynkę podrzeć na mniejsze kawałki i wymieszać wszystko z makaronem. Dodać pokruszony ser ricotta i posiekaną bazylię. Podawać natychmiast z lampka białego wina, świeczkami i widokiem na morze. Obowiązkowo spożywać wpatrując się w oczy ukochanej osoby.


teksty i zdjęcia  © les trois cuillères











8 lutego 2012

gnocchi ze słonecznika bulwiastego


gnocchi z tęsknoty za pewną epoką...


It was in June 2002. Albo 2001. Ale raczej w 2002. Nie wiem, czy zdarza Wam się uczestniczyć w tego rodzaju kolacjach, które na długo długo zapadają w pamięć. I nie mówię tu o kolacjach, kiedy się ta druga połówka oświadcza, kiedy Sw. Walenty i inne podobne sparwy, że nie „tête – à – tête”, patrzenie sobie w oczy, etc. W kolacji, o której dzisiaj Wam opowiem uczestniczyły 3 osoby (+ kelner, + kucharz, + pan oferujący butelkę wina ale to już tak na marginesie). Ciepły czerwcowy wieczór. Po raz kolejny podjęłam głęboko przemyślaną decyzję o opuszczeniu Paryża i powrocie w rodzinne strony. Spędziłysmy z K.szalony rok w Paryżu. Jeden z najlepszych. Pracowałysmy jako „au pair”, żeby mieć gdzie mieszkać i za co jeść. Gnieździłyśmy się w 15m2, czasami wpadali znajomi i wtedy w 6 gnieźdźiliśmy się na tych 15m2. 7 piętro, bez windy. Do przeżycia wystarczały nam parówki, zielona fasolka, jajka na pół twardo/pół miękko (nikt nie robi takich jajek na pół twardo / pół miękko jak K.!) i herbarta. Czasami szalałyśmi i kupowałyśmy kawałek sera. Czasami chodziłyśmy na tzw. Shopping. Polegał on na tym, że nie mając absolutnie ani jednego franka w kieszeni, nawet na te parówki i zieloną fasolkę, zapożyczałyśmy się u krewnych i znajomych królika, żeby nabyć drogą kupna składane krzesełko w stylu „reżyserskie”, gdyż akurat bylo na przecenie i koniecznie ale to koniecznie musiałyśmy je mieć. Większość czasu spędzałyśmy w pewnym irlandzkim barze na Place de Clichy. Przyjeżdżałyśmy ostatnim metrem i wracałyśmy pierwszym. Bardzo często było tak, że jechałyśmy tam z 10 frankami w kieszeni a wracałyśmy z 20, najedzone, napojone, oczarowane budzącym się do życia Paryżem. Tak, to był cudowny rok. Poznałyśmy wtedy pewnego Włocha. V. był kelnerem i odreagowywał chamską turystyczną klientelę w owym barze, szalejąc z nami na parkiecie. Ach, bo nie wspomniałam, że w owym barze na Place de Clichy był rewelacyjny dancefloor. Za dnia stał tam bilard ale wieczorami, w weekendy bilard znikał i urządzano tam tańce hulanki i swawole. 


Kiedy ogłosiłyśmy wszem i wobec, że Paryż opuszczamy, że walizki spakowane i że adieu, V. zaprosił nas na pożegnalną kolację. Do dzisiaj łezka mi się w oku kręci, jak sobie o niej wspominam. Ciepły czerwcowy wieczór, ja , K. I V. Myślę, że to wtedy tak naprawdę odkryłam, że włoska kuchnia to nie tylko pizza i lasagne. Że można inaczej. Restauracja już chyba nie istnieje. Przynajmniej do dzisiaj nie udało mi się jej odnaleźć. Może V. jak przeczyta ten bilet to mi przypomni dokładny adres (ale najpierw będzie musiał sobie przetłumaczyć z polskiego, to powodzenia). To było gdzieś w pobliżu Notre Dame de Paris. Mała restauracyjka, zupełnie bezpretensjonalnie z zewnątrz wyglądająca. W środku kilka stolików, żadnego blichtru. Ale: najlepsze gnocchi z sosem z sera gorgonzola jakie w życiu jadłam. Poezja, po prostu poezja smaku. I do tego butelka białego wina, którą zaoferował nam pan siedzący przy stoliku obok, bo pamietał V. z jakieś restauracji, w której V. kiedyś pracował i twierdził, że V. to jeden z najlepszych kelnerów jakich zna... Siedzieliśmy tam do późnych godzin wieczornych... Ręki odciąć sobie nie dam ale chyba nawet la vie en rose » grało w tle. Następnego dnia żegnałyśmy Paryż przy dzwiękach muzyki z Foresta Gumpa i ten motyw, kiedy piórko spada i spada i spaść nie może już na zawsze będzie kojarzyć mi się z tym ostatnim weekendem w Paryżu... 


Dziękuje Ci K. za ten rok w Paryżu... Miss you so much!

Ps. Do Paryża powróciłam po dwóch latach ale już nigdy nie był ten sam, już nigdy moje jestestwo nie było tak paryskie jak w tym 2001 roku...



Gnocchi z topinambur z masłem szałwiowym:

dla 4 osób

400 g topinambour (400 g  po obraniu ze skórki)
300 g ziemniaków
pół pęczka pietruszki
200 g mąki + extra do posypnia stolnicy
1 jajko
łyżka oliwy
szczypta soli
100 g masła
pół pęczka świeżej szałwii lub dwie szczypty suszonej
starty parmezan do posypania


Topinambur i ziemniaki ugotować do miękkości. Topinambur zmiksować z pietruszką. Ziemniaki ugnieść na purée. Wymieszać razem dwa rodzaje purée i odostawić w chłodne miejsce do ostygnięcia. Dodać mąkę, jajko, oliwę, sól i pieprz. Zagnieść ciasto i odstawić na godzinę. Oddzielać porcje z małej łyżeczki, obtaczając je w mące formować owalne kluski. Zagotować wodę w głębokim garnku. Wrzucać  po kilka kulek i kiedy tylko wypłyną na powierzchnię, odcedzać. Polać stopionym masłem i posypać posiekaną szałwia i startym parmezanem.



teksty i zdjęcia @ les trois cuillères