nostalgiczne wspomnienie la Dolce Vita
W trakcie naszej zeszłorocznej czerwcowej podróży po południowo - zachodnim wybrzeżu Włoch znaleźlismy się w małej nadmorskiej miejscowości Tropea. Miejscowość jak najbardziej turystyczna, nie wyobrażam sobie co tam się może dziać w « sezone ». Zatrzymaliśmy sie tam przez przypadek, szukając noclegu, którego nie mieliśmy w planach. Jako, że finanse topniały już na tym etapie a pozostał nam jeszcze tydzień do powrotu, postawiliśmy na opcję tani nocleg i tanie żarcie (o to drugie akurat w tej części Włoch nie trudno). Przez biuro informacji turystycznej znaleźlismy pokój w dużym kompleksie hotelowym, których z reguły unikamy jak ognia, a który, jak się okazało, przylegał do malutkiej zatoczki z turkusową wodą, gdzie nikt się nie kąpał (może dlatego, że hotel świecił pustkami co nam akurat odpowiadało). W dodatku w miejscowym barze serwowali rewelacyjne Prosecco czyli włoski odpowiednik Szampana. Kiedy wrzuciliśmy walizki do pokoju okazało się, że jest on wyposażony w mini kuchnię co podsunęło nam pomysł na własnoręczne przygotowanie kolacji a nie stołowanie się w kolejnej pizzerii. Oczywiście, w tak małej miejscowości, sklepu spożywczego jak na lekarstwo. Królowały przeważnie małe butiki z lokalną specjalnością Limoncello ale to jakoś nie zaspokajało naszych wygłodniałych żołądków.
Po jakiś dwóch godzinach zwiedzania (okazało się że miejscowość jest nie na darmo tak turystyczna, małe uliczki i niesamowity, magiczny widok na zatokę z falezu koło naszego hotelu po prostu były jak z bajki) znaleźliśmy mini mini sklepik ze wszystkim i z niczym. Przeurocza staruszka za ladą cierpliwie wysłuchała naszego łamanego włoskiego i wyciągnęła spod lady paczkę makaronu, kilka mini pomidorków, bakłażana, czosnek, sól i pieprz, kilka plastrów bresaola i butelkę oliwy. Całość opiewała na astronomiczną sumę 7 euro. Okazało się, że w kieszeniach mieliśmy razem wszystkiego jakieś 6 euro i staruszka ze stoickim spokojem oznajmiła, że to nie szkodzi, że oddamy jej przy okazji (hmm, kiedy w Paryżu brakuje mi czasem 2 centow do zpłacenia za butelkę wody w supermarkecie, to zwykle napotykam tylko i wyłącznie chłodne i ostentacyjne spojrzenie kasjerki, nieprzejednanej w swych obliczeniach). Zdąrzyliśmy już wyjść z owego sklepiku i skierować się w stronę hotelu kiedy staruszka wybiegła za nami z wypiekami na policzkach krzycząc na cały głos « i bazylia, brakuje Wam jeszcze bazylii, jak to tak gotować bez bazylii? ». Zaliczyliśmy pełny opad szczeki i wpatrywaliśmy się dłuższą chwilę w pęczek zieleniny, który wepchnęła nam do siatki.
Po powrocie do hotelu przyrządziliśmy, więc makaron, który nazwaliśmy « pasta di Tropea » i który zapamiętamy chyba na zawsze. Oprócz zakupionych składników dodaliśmy jeszcze resztki ricotty, którą zakupiliśmy w trakcie zwiedzania regionu Campagna. Na mini balkonie, na stoliku przykrytym dziurawą ceratą, postawiliśmy talerze z dymiącym makaronem, do kieliszków nalaliśmy piekące gardło lokalne vino bianco a całość dopełniały gasnące co chwila od podmuchów wiatru świeczki. Po pysznyej kolacji usiedliśmy na plaży i... postanowiliśmy, że w przyszłym roku...
100 g sera ricotta
1 bakłażan
2 ząbki czosnku
kilka małych pomidorków
pęczek bazylii
kilka plastrów szynki bresaola albo di Parma
sól i pieprz do smaku
oliwa
Ugotować makaron na sposób al dente. Pokroić bakłażana w kostkę i podsmażyć na oliwie wraz z drobno posiekanym czosnkiem. Doprawić solą i pieprzem. Pokroić pomidorki w ćwiartki, szynkę podrzeć na mniejsze kawałki i wymieszać wszystko z makaronem. Dodać pokruszony ser ricotta i posiekaną bazylię. Podawać natychmiast z lampka białego wina, świeczkami i widokiem na morze. Obowiązkowo spożywać wpatrując się w oczy ukochanej osoby.









