30 października 2012

Italian Corner

listopad pod znakiem kalorii...

Nie da się ukryć, hu hu ha, hu hu ha, idzie zima zła. My się zimy nie boimy i włoskie jedzenie pichcimy...

Wyczytałam ostatnio, że do sosu carbonara dodaje się orzeszki piniowe, kurczaka i byle jaki tarty ser i aż mi "włosy dęba stanęly na głowie". W tej samej głowie zrodził się od razu pomysł, żeby "dotrzeć do źródła" i przedstawić Wam klasyczne włoskie przepisy w ich oryginalnym wydaniu. Będę szperać, zawracać głowę cioci Gosi, pisać do całkiem nieznajomych mi osób. To będzie taka moja prywatna italian escape, bo zwykle o tej porze roku wybierałam się na "annual italian weekend". W tym roku nie było mi dane posmakować la dolce vita à l'italienne ale to nic, zrekompensuję to sobie we własnej kuchni. 

Wszelkie sugestie mile widziane!



teksty i zdjęcia @ les trois cuillères


gambas czyli krewetki do n-tej potęgi


Kiedy K i B przylatują raz na rok, ich niezmiennym rytuałem są śniadania "na słono". Jest to zwyczaj nieznany Francuzom i E. za każdym razem nie może wyjść z podziwu, że zamiast pain au chocolat albo brioszki ;-) państwo K. lubią, kiedy ich śniadaniowy stół ugina się od francuskich "specjałów" w typie krewetki, roquefort i inne tarama. Moje ego, balansując na granicy dwóch kulinarnych światów, nie widzi w tym nic dziwnego i zawsze chętnie przyłaczam się do krewetkowej uczty a i kawałek spleśniałego i śmierdzącego sera jest mile widziany na kromce chleba. Do E. to jednak nie przemawia i tylko przygląda się nam nieufnie, popijając swoją kawę z mlekiem, w której macza kanapkę z dżemem. Coż, co kraj to obyczaj.




Krewetki uwielbiam. Owoce morza uwielbiam. Nawet do ostryg się ostatnio przekonałam, mimo, że od wielu wielu lat nie miałam ich w ustach, po tym jak spektakularnie zwróciłam na przedsionku zawartość całej kolacji. Ale cóż, gusta się zmieniaję. Jak mawia mama Ela, "tylko krowa nie zmienia przyzwyczajeń".
No ale wróćmy do krewetek. Mam o tyle dobrze, że mieszkając we Francji, świeże krewetki kupuję na ryneczku praktycznie przez cały rok. Najbardziej lubię te królewskie czyli gambas. Podaję zazwyczaj trzy sztuki na osobę, co jest równowartością sporego steku z wołowiny. Podsmażone na oliwie, z odrobiną (cóż, termin "odrobina" jest tu jak najbardziej subiektywny) czosnku i podane z ryżem "sauté" z kolędrą.



dla dwóch osób:

6 mega wielkich ogromnych krewetek

2 ząbki czosnku

oliwa do podsmażenia

200 g ryżu

pół pęczka kolendry

sól i pieprz do smaku

1 cm świeżego imbiru (opcjonalnie)



Opłukać krewetki pod bieżącą wodą i osuszyć papierowym ręcznikiem. Ryż ugotować do miękkości. Wymieszać z posiekaną kolęndrą, solą i piperzem. Można też dodać trochę świeżego imbiru. Rozgrzać łyżkę oliwy na patelni i smażyć ryż przez około 10 minut dobrze mieszając. Na osobnej patelni podgrzać oliwę i podsmażyć, przez minutę, posiekany czosnek. Dodać krewetki i smażyć po 5 minut z każdej strony. Podawać natychmiast. Z lampką wytwornego białego wina, bien sûr...

teksty i zdjęcia @ les trois cuillères






28 października 2012

babyfood / 14 miesiąc / plamiak z koprem włoskim

niedzielny rytuał - czyli poranne łamanie głowy



Od kiedy Mały Człowiek zaczął jeść rzeczy treściwe i skomplikowane, moim coniedzielnym rytuałem stało się wymyślanie i gotowanie takiej ilości owocow, warzyw i mięsiw, żeby starczyło mu energi na te wszystkie fikołki, przewroty, zapasy i wspinaczki, które uprawia w swoim pokoju, tudzież w salonie, lub kuchni. Każdy m2 jest dobry do fikołkowania, nieprawdaż?
Czasami znajdzie się też w menu rybka, jak na przykład dzisiaj. Plamiaka znałam pod nazwą haddock. Okazuje się, że haddoc to angielska nazwa wędzonego plamiaka. Wędzonek jeszcze nie wprowadziłam w małoczłowiekowe menu ale białe fileciki rewelacyjnie sprawdziły się podane z koprem włoskim i brokułami. Koper włoski to, ogólnie rzecz biorąc, warzywko nr jeden Małego Człowieka. Zapewne ten słodkawy i anyżkowy smak przypomina mu trudy dzieciństwa, kiedy to herbatka z kopru włoskiego koila jego wzburzony układ pokarmowy.



Brokuły dodałam, bo akurat miałam w lodówce i trzeba było je zjeść. Całość dopełnił makaron tagliatelle, który dostarcza popołudniami cukrów, potrzebnych do wyżej wspomnianych fikołków. 
Lubię ten mój niedzielny rytuał. Październikowe słońce grzeje szybę kuchni. Brudną szybę, jak się okazuje. Mały Człowiek co chwila zagląda do kuchni z miną zapytującą: a teraz co gotujesz? Oczywiście, ma w tym swój interes, za każdym razem załapie się bowiem na próbowanie, co sprawia mu wielką radość a czasami wielką niespodziankę, którą to zdecydowanie wypluwa, brudząc dopiero co wysprzątaną kuchnię.Jako pracująca na pełen etat mama nie jestem w stanie gotować takich rzeczy codziennie, więc gotuję cały ranek różne mieszanki, po czym zamrażam je i w ten sposób nie muszę się martwić, czy Mały Człowiek będzie miał wystarczająco dużo do jedzenia w ciągu tygodnia.


Na cztery obiadki potrzebowałam:

- jeden spory filet plamiaka (ale może też być obojętnie jaka ryba o białym mięsie)
-3 kopry włoskie
- 1 pęczek brokuł
100g makaronu
odrobina czosnkowego masła do smażenia

Filet podsmażyc na stopionym maśle czosnkowym. Ugotować na parze pokrojony koper i brokuły. Ugotować do miękkości makaron. Zmiksować dokładnie warzywa z makaronem i dodać posiekaną rybę. 

Jedną porcję podałam na obiad a reszte zamroziłam. 



teksty i zdjecia @ les trois cuillères 

4 października 2012

cannelés czyli codzienne ciasteczka z rumem


Poznajcie codzienne ciasteczko. Codzienne, gdyż mogłabym je jeść codziennie. No a od kiedy A-L, w akcie swej kulinarnej dobroci bez dna, podzieliła się ze mną przepisem na cannelés, to właściwie jem je codziennie. Jak już się upiekło trzy tuziny a jest się na zwolnieniu chorobowym, to coś trzeba z nimi zrobić. Kojarzą mi się nieodłacznie z autostradą do Normandii. Kiedy najdzie nas ochota na zobaczenie morza w terminie tu i teraz, to zwykle wypożyczamy auto (nasze owszem, jeździ z punktu A do punktu B ale punkt A nie może być za bardzo oddalony od punktu B a to « za bardzo » oszacowuję na jakieś 50 km, nie więcej) i jedziemy do Deauville albo do Cancale, powdychać morskie powietrze, zjeść rybkę i kupić kolejną ściereczkę z normandzkiego lnu. Zwykle zaraz po wyjechaniu za granice miasta, nachodzi nas ochota na « coś słodkiego ». Zatrzymujemy się, więc na najbliższej stacji benzynowej. A na tej stacji benzynowej ma swoje stanowisko pewna sieć piekarni, i tam właśnie kupujemy niezmiennie « sześciopak » złocistych cannelés. E. zwykle mówi tak « to teraz zjemy tylko po jednym a resztę będziemy mieli na koniec podróży ». Taaa… chciałabym to widzieć. Po prostu nie można się oprzeć. Złocista, chrupiąca skórka a w środku pachnący rumem miąższ. Poezja smaku. Tradycyjnie wypiekane w cynowej foremce ale, że owa cynowa foremka jest poza zasięgiem moich możliwości finansowych, podjęłam ryzyko użycia foremki silikonowej i wiecie co… udało sie! Pysznie jest. Skłaniam sie ku tezie (niepotwierdzonej, z braku odpowiedniego materiału badawczego), że cynowe foremki to tylko i wyłącznie komercyjny snobizm… Nawet jeżeli cannelés są w nich wypiekane od stuleci ;-)


Na 36 ciasteczek:

1 litr pełnotłustego mleka
500 g cukru kryształ
250 g mąki
2 laski wanilii
6 żółtek
1 jajko
20cl rumu
50 g masła


zagotować mleko z laską wanilli i odstawić na 15 minut. Roztopić masło. Wymieszać mąkę, cukier, żółtka, jajko i masło na jednolitą masę. Powoli dolewać zagotowane mleko, ciągle mieszając mase. Dodać rum. Odstawić do wystygnięcia a kiedy masa będzie już całkiem zimna, wstawić na 2 godziny (ale najlepiej na całą noc) do lodówki. Rozgrzać piekarnik do 210° C. Wlać masę do foremek, do 3/4 ich wysokości. Piec przez godzine. Nie otwierać piekarnika w trakcie pieczenia. Pozostawić cannelés do ostygnięcia w piekarniku. Wyjmować z foremek, kiedy będą już całkiem zimne. Inaczej opadną… Na pewno bedzie Wam się wydawać, że ciasteczka się palą. Spokojne, to po prostu cukier karamelizuje się na pyszną skórke. Tak jak na zdjęciach.


teksty i zdjęcia © les trois cuillères