14 listopada 2012

LISTOPADOWY CANTUCCINI TEA TIME

Listopad to miesiąc, w którym właściwie nic się człowiekowi nie chce. Wstawać do pracy się nie chce, spacerować po rozmokniętych liściach się nie chce, nawijać włosy na wałki przed wyjściem się nie chce a o samym chodzeniu do pracy już nie wspomnę, bo tego to mi się nie chce na potęgę.


Żeby jednak negatywnie nie nastawiać się na pozostałą połowę miesiąca, próbuję wyłapywać te drobne, ulotne i przyjemne chwile każdego dnia. I nimi się delektować. Dotykać tej miekkiej włóczki, z której w najbliższym czasie (mam nadzieję) powstanie moj szary sweter, który będzie pasował do kozaków i ociepli moje zmarznięte, po drodze do pracy, jestestwo. Albo mandarynki, które rozsiewają po pokoju przecudowny zapach nadchodzących, WIELKIMI krokami,  Świąt Bożego Narodzenia. One też pojawiają sią w listopadzie. Mandarynki, oczywiście. Do zupełnie przyziemnych spraw, którymi zajmuję myśli w listopadzie, należy też oglądanie pokazów mody z nadchodzącą kolekcją wiosna/lato i marzenie o tych zwiewnych pastelowych sukienkach, w których zupełnie mi nie do twarzy. I tak skończy się na kolejnej Małej Czarnej. Wszystkie te momenty mają jedną wspólną cechę: zawsze obok znajduje się kubek z herbatą. To, po winie, mój najulubieńszy napój. Owszem, z miłą chęcią sączyłabym winko całymi dniami ale z różnych względow jest to niemożliwe, także herbatka towarzyszy mi na codzień i od święta.



Rano lubię wypić napar z rumianku. Nie dostrzegałam jego przecudownych uspokajających właściwości, dopuki nie wsiadłam pewnego ranka do samochodu aby po raz pierwszy od dawien dawna pojechać nim do pracy. Ostrzegali mnie wszyscy: NIE JEDŹ W GODZINACH SZCZYTU! To szaleństwo, zwariujesz... Korki, kilometrowe korki na obwodnicy Paryża to już legenda. Dlatego ludzie niezbyt często się tutaj odwiedzają. Wsiadłam, więc w nasze Porche, przebrane dla niepoznaki za Twingo i ruszyłam w trasę. Nina Simone w radiu. A ja stoję w korkach i śpiewam na cały głos, przyjaźnie uśmiechając się do depresyjnie wyglądających kierowców w sąsiednich samochodach. Wszystko poszło smooth. Kiedy już dotarłam do pracy, w rewelacyjnym humorze, koleżanka zapytała się co ja za proszki rano biorę, bo ją to interesuje. I wtedy właśnie zdałam sobie sprawę, jak działa na mnie napar z rumianku.



 W ciągu dnia rozkoszuję się doskonałym Earl Grey. Skłaniam się nawet ku stwierdzeniu, że dzień bez Earl Grey to dzień stracony. A poza tym, jak mawia pewien pisarz, który niedługo będzie już znany całemu światu czyli Sean Ferrick, "there is no such a problem that cannot be solved with a cup of tea". I agree. Otaczam się przecudownym aromatem bergamotki i całkowicie relatywizuję otaczającą mnie rzeczywistość.



A około 16h przychodzi czas na małe Conieco ( licentia poetica) czyli ciasteczko do herbatki. Może to być znany wszystkim herbatnik (!) petit beurre, kostka gorzkiej czekolady ale najbardziej welcome są toskańskie ciasteczka migdałowe cantuccini. Tradycyjnie podawane do wina na koniec posiłku albo do wina podczas aperitif. I do kawy. W końcu to włoskie ciasteczka. Ja podaję je do herbatki i zwykle nie kończy się na jednym. Kruche, pachnące pomarańczą lub cytrynką. Nie ma co się przejmować pogodą za oknem, kiedy ma się w ustach coś tak pysznego.



A na dobranoc? Na dobranoc, oprócz Reksia, Pszczółki Mai i czułego przytulania się do drugiej połówki polecam napar z kwiatów pomarańczy, bratka i hibiskusa. Już samo wpatrywanie się w wolno opadające suszone kwiatki w przeźroczystym dzbanku kołysze do snu.



Potem wystarczy jeden, drugi i trzeci łyk i odpływam w ramiona Morfeusza by zaznać drogocennego beauty sleep.

Bonne nuit mes amis...

Na 30 ciasteczek

115 g całych i obranych migdałów

450 g mąki

1 łyżeczka proszku do pieczenia

szczypta soli

120 g cukru

80 g miękkiego masła

3 duże jajka

2 łyżki wina marsala albo brandy

3 łyżki stołowe kandyzowanej skórki pomarańczowej

1 łyżeczka ziaren anyżu (całych)



Rozgrzać piekarnik do 190°C. Migdały rozłożyc na blaszce i zapiekać przez około 10 minut (aż ładnie się zarumienią). W misce wymieszać mąkę z proszkiem do pieczenia i solą. W osobnym naczyniu (a najlepiej w misce robota kuchennego) utrzeć masło z cukrem na puszystą masę. Dodawać jajka, po jednym za każdym razem. Dodać marsalę i skórkę pomarańczową. Utrzeć wszystko na gładką masę i dodać makę z proszkiem do pieczenia i solą. Dobrze wymieszać. Dodać całe migdały i ziarenka anyżu. Ciasto powinno mieć konsystencję ciepłej plasteliny czyli nie za rzadkie i nie za twarde. Przykryć ciasto folią i wstawić do lodówki na godzinę.

Nagrzać piekarnik do 180°C. Podzielić ciasto na dwie części i z każdej uformować wałek o średnicy 5 cm. Położyć wałki na blaszce wyłożonej papierem do piecznia. Piec przez około 20 - 25 minut aż nabierze złotego koloru. Wyjąć z piekarnika i całkowicie ostudzić. Nie wyłączać piekarnika. Pokroić upieczone wałki na skośne plastry o grubości 1,5 cm. Wyłożyć na blaszce i piec przez następne 8 - 10 minut. Przewrócić na drugą stronę i ponownie zapiekać. Powinny być dobrze zrumienione i bardzo kruche. Wyjąć z piekarnika i całkowicie ostudzić.

Można przechowywać w szczelnie zamkniętym pojemniku nawet kilka miesięcy. 

3 listopada 2012

What Katie Ate - źródło inspiracji na kolejne kilka tygodni

Moim zdaniem, jedna z najlepszych książek kucharskich roku


Kiedyś kupowałam książki kucharskie prawie co tydzień. Byłam zaabonowana na niemal wszystkie magazyny kulinarne i uwielbiałam wertować pachnące nowością kartki, w poszukiwaniu inspiracji.
Od kiedy piszę blog kulinarny i mam kontakt z fantastycznę blogowę społecznością, stałam się bardzo wybredna. W przeciągu ostatniego roku kupiłam 3 książki kucharskie. Musicie przyznać, że to niezły cookbook detoks, nieprawdaż?
Od kiedy czas na gotowanie i wymyślanie nowych przepisów mam naprawdę ograniczony, wolę zainspirować się tym, co gotują moje znajome bloggerki. Wiem wtedy, że przepis jest sprawdzony, jakiego błędu nie popełnić no i w razie czego mogę zadać pytanie, na które prawie natychmiast mam odpowiedź.




Blog Katie Quinn Davies "what katie ate" odkryłam całkiem niedawno ale z miejsca się zakochałam! Fantastyczne zdjęcia, oryginalne i niezbyt czasochłonne przepisy i niesamowity dystans do siebie oraz do napuszonego kulinarnego światka, sprawily, że nie zawachałam się sięgnąć po wydaną po francusku wersję jej książki. Dawno nie miałam takich wypieków na policzkach, przewracając szorstkie kartki, pochłaniając wzrokiem zdjęcia najwyższej jakości i stworzony na nich klimat "swojskiej" kuchni.
Przyznaję się bez bicia, że od kiedy na świecie pojawił się Mały Człowiek, zaniechałam wszelkich prób zjednania sobie Haute Cuisine i sięgam po przepisy, które nie wymagają ode mnie 10 lat praktyki w cukiernictwie. Z książki Katie mogę korzystać na codzień, produkty, których używa, znajduję w każdym sklepie spożywczym a efekt zawsze jest smaczny i zaspokaja nasze kulinarne gusta.




Mnie najbardziej kręci pomarańczowo rozmarynowe ciasto. W oryginalnym przepisie Katie użyła czerwonych "krwistych" pomarańczy a, że sezon na nie zaczyna się dopiero za miesiąc i sami rozumiecie, że ja całego miesiąca nie mogę poczekać, zastąpię czerwone pomarańcze tymi zwykłymi a jako soku do polewy użyję takiego z kartonika. Oczywiście, jak tylko sezon na pomarańcze się zacznie, zrobię wersję Kate i dam znać jak wyszło.
 
AU FOURNAUX, MES AMIS!




A oto kilka przepisów, które szczególnie przykuły moją uwagę:

- naleśniki z siadłym mlekiem i kompotem z cytrusów
- zupa paprykowo - pomidorowa z tostami z kozim serem
- soda bread z łososiem i kremem wasabi
-grilowane krewetki z tajskim sosem
- mini quiche z kozim serem, octem balsamicznym i tymiankiem
- sałatka z rzeżuchy z grilowanymi ziarnami dyni i gęsim jajkiem sadzonym
- crab cakes z ostrym różowym sosem
- cytrynowy sirop z miętą
- pieczony kurczak z kremowym cytrynowym sosem
- pierożki z dynią i sosem z orzechów pekan
- chutney z buraków i octem balsamicznym
- dynia na ostro, zapiekana z ziarnami i zasmażką (pyyyychaaa! już wypróbowałam)
- granité z czerwoną pomarańczą, mango i brzoskwinią
- mus kawowy z czekoladą i whisky

tekst i zdjęcia (za zgodą Katie) @ les trois cuillères







2 listopada 2012

o nas



Przytrafiła nam się rzecz absolutnie niesłychana : zaadoptowaliśmy kota łasucha ! Głównym zajęciem Martiego (nazywanego przez niektórych Harrym), poza budzeniem nas o 05h30 rano, jest towarzyszenie nam w naszej codzienności kulinarnej. Nie zadowala się sucha karma i puszkami dla VIC (Very Important Cat). Kiedy widzi nas jedzących kawałek roquefort, starego mimolette, serowych nachos lub kurczaka z sosem cytrynowo – paprykowym na ostro, staje się całkowicie i absolutnie przytulański.
Czas przygotowywania każdego dania jest u nas dłuższy niż przewidziany w przepisie.Za każdym razem musimy odganiać kota, żeby nie właził w sos, nie pil stojącej w zlewie wody (która jest z pewnością o wiele lepsza niż świeża woda w jego misce), musimy przeganiać go, żeby nie zasypiał w zmywarce do naczyń kiedy jesteśmy w sytuacji « danie w piekarniku, bałagan w kuchni, nie jestem ani ubrana ani wymalowana a goście przychodzą za 5 minut ». Czasami muszę tez się bronic, kiedy atakuje sznurki mojego fartuszka. Ale kiedy siada na górnej półce i mruczy bossa-novę, jego wiadomość jest jasna « everything is under control » W takim momencie nic nie zakłóca jego spokoju na górnej grzędzie…"mam nad Wami pieczę"… Rrrrrr… Rrrrrr… Rrrrr...






Mam szansę dzielić moje życie z pasjonatem fotografii, który manifestuje głośno i otwarcie bycie również pasjonatem mojej kuchni. Dzięki jego talentowi i aparatowi fotograficznemu projekt tego blogu mogą ujrzeć światło dzienne. To on spogląda krytycznym okiem na moje kreacje, pomaga w doborze menu, gotuje i aktywnie udziela się w strefie estetyki i dekoracji podawanych dań. Ale przede wszystkim ze stoickim spokojem znosi wszelkie moje mniej lub bardziej udane. próby kulinarne.
Jego główna zaleta : jego podniebienie nie rozpoznaje geniuszu molekularnego czekolady. Oznacza to, że kiedy ktoś proponuje nam ciasto czekoladowe, jego porcja ląduje w moim żołądku. To samo dzieje się z wszystkim co zawiera trufle. No dobrze, przyznaje się, pomimo wszystko, mieć wielką słabość do fondant au chocolat – jedynego deseru o smaku czekolady, który zasługuje na jego uwagę.
Jak wszyscy wielcy artyści. staje się bardzo nieśmiały, kiedy ma mówić o swoich dziełach. Będąc jego pierwszą fanką, zapraszam i Was do zauroczenia się jego zdjęciami – proponuję Wam odwiedzić jego własny świat na stronie

www.erwanfournierleray.fr 



Jako dziecko nie miałam w zwyczaju bawić się w kucharzenie. W moim rodzinnym domu jest wielka kuchnia, z dużym piekarnikiem i wszystkimi przyborami kuchennymi, które aż proszą się o używanie ale dla mnie to miejsce służyło tylko do picia herbaty, jedzenia przepysznych kanapek przygotowywanych przez mamę i plotkowania z rodziną.
Gotowanie stało się moją pasją od kiedy weszłam w wiek „rozumu” i kiedy moja kuchnia zmniejszyła się do rozmiaru lilipuciego. I kiedy piszę lilipuciego to oznacza, że jest ona na prawdę w rozmiarze mini, w przeciwieństwie do mnie samej. Nie mogę na przykład otworzyć zmywarki do naczyń bez przestawienia kosza na śmieci, żeby otworzyć lodówkę, muszę stanąć w przedpokoju, używam drabinki, żeby sięgnąć po większość rzeczy w szafkach no i oczywiście nie mogę obrócić się dookoła własnej osi z rozłożonymi ramionami (nie, żebym robiła to codziennie ale sam fakt...). Ale uwielbiam swoją mini kuchnię bo zdarzają się w niej cuda.
Mini-piekarnik, czajnik, szpatułki, wszystko znajduje się na wyciągnięciu ręki, nawet okno, którego nie można otwierać bez ryzyka, że Marty ponowi swoją próbę lotu z trzeciego piętra. A od kiedy poświęciłam miejsce ekspresu do kawy, żeby postawić mój najnowszy skarb – robot kuchenny KitchenAid, jest jeszcze lepiej. I jestem pewna, że znalazło by się trochę miejsca na kolejnego robota Magimix i ogromną maszynę do parzenia prawdziwego expresso, o której marzę. Nieprawdaż, Erwan?
Nie mam specjalnych wymagań, jeżeli chodzi o gotowanie. No dobrze, mam lekką słabość do czekolady i pizzy serowej. Ok, ok, ogromną słabość do pizzy serowej. Oprócz tuńczyka w puszce, nie mam nic przeciwko żadnemu składnikowi spożywczemu. Jestem dożywotnio obrażona na tuńczyka w puszce i nie zamierzam już nigdy zamienić z nim słowa. Nie radzę, więc nikomu, kto chce jeść tuńczyka, żeby robił to w moim towarzystwie. Wszystko za sprawą pewnej historii z niezbyt świeżą sałatką ryżową...
Gotowanie jest moją pasją ale nie utrzymuję z tego swojej rodziny. Moje podejście do gotowania najlepiej oddaje zdanie mistrza kucharskiego Alaina Ducasse „Myślę, że jesteśmy sprzedawcami szczęścia, sprzedawcami przyjemności. Myślę, że pewna forma szczodrości jest niezbędna kiedy jest się kucharzem, należy być szczodrym. Należy dawać, dzielić się i lubić sprawiać komuś przyjemność.
Na mojej stronie internetowej dzielę się zatem z Wami przepisami, które uznam za oryginalne, klasyczne, takie, które należy znać, na każdy moment dnia czy wieczoru, przepisy, które znajduję na innych blogach, w mojej bibliotece kulinarnej, w zapiskach rodzinnych, na stołach innych ludzi. Jeżeli macie ochotę podzielić się ze mną Waszymi przepisami, czekam z niecierpliwością na maile i z radością opublikuję je na tej stronie.



teksty i zdjęcia © les trois cuillères


1 listopada 2012

ossobuco czyli uczta carnivore

duszone giczki cielęce



kiedy pierwszy raz spróbowałam, pochodzące z Mediolanu, danie ossobuco, wcale nie zachwyciłam się tym specjałem. Nie jestem zwolenniczką mięsa i musi być naprawdę dobrej jakości i rewelacyjnie przyżądzone, żebym się nim delektowala.
 2 lata temu podjęłam próbe ugotowania ossobuco na specjalną prośbę E., który mięsożercą jest ogromnym i to szczególnie, jeżeli chodzi o duszone mięsiwa. Popełniłam wtedy błąd, o którym przecież powinnam była pomyśleć wcześniej i na kolację ze znajomymi podałam potrawę, której nigdy wcześniej nie przygotowywałam. Niby nie było to nic skomplikowanego ale cielęcinka wcale ale to wcale nie była uduszona. Podziwiałam C i C jak zmuszają się do degustacji twardego mięcha, żeby tylko zrobić mi przyjemność. Owszem, owo ossobuco było takie jak pamiętałam, czyli żylaste, gumowe i nie do jedzenia.


A, że porażek kulinarnych nie znoszę, obiecałam sobie, że jeszcze kiedyś ponowię próbę ugotowania tej, jak się dopiero dzisiaj okazuje, przepysznej potrawy. Odłożyłam przepis na półke "na później" i całkowicie o nim zapomniałam.
Aż do ostatniego tygodnia, kiedy to okazało się, że będziemy gościć na kolacji dwie osoby pochodzące z Włoch. Pomyślałam, że to rewelacyjna okazja do odkurzena owego przepisu i ostatecznego stwierdzenia, czy jestem za czy przeciw.




Z pomocą przyszła mi ciocia Gosia, mieszkająca we Włoszech i orientująca się w sprawach kucharsko - tajemniczych. To od niej dostałam przepis na najprzepyszniejsza pizzę na świecie czyli gruszkowo - gorgonzolowę, która jest moim nb ONE i robię ja przy każdej nadarzającej się okazji. Ciocia Gosia nie zawiodła i przekonała kucharkę Paulę, która mieszka w tych samych okolicach i uprawia włoską kucharską magię, żeby podzieliła się przepisem. Nie wiem, czy jest on oryginalny, czy tak właśnie podawano ossobuco 100 lat temu na stołach rodziny Borgia. Wiem natomiast, że zaproszonym gościom uszy trzęsły się z zadowolenia, kiedy nóż wchodził jak w masło w każdy kawałek mięska a każdy kęs wywoływał pomruki kulinarnej rozkoszy, które odbijały się echem w wypełnionym kulinarną ciszą salonie. 



Na czym polegał błąd, który popełniłam przy poprzedniej próbie gotowania? Otóż dusiałam mięso przez podane w przepisie 2 godziny, zamiast spokojnie zostawić je w garnku, żeby dusiło się przez co najmniej 4 jak nie 6 godzin. Podejrzewam, że po 10 godzinach pewnie by się rozpuściło ale naprawdę polecam minimalnie 4 godziny duszenia, podlewania wywarkiem, żeby osiagnąć zadowalający parujący garnuszek. 




Jako przystawkę polecam makaron tagliatelle albo szafranowy ryż. I koniecznie dużo chleba do maczania w sosie, który ma się ochotę wylizywać z talerza...




ossobuco dla 4 osób:

- 6 plastrów giczki cielęcej (około 4 - 6 cm grubości)
2 - 3 łyżki stołowe mąki
- 2 łodyżki naci selera
- 3 średniej wielkości marchewki (12 - 13 cm)
1 lampka białego wina (nie rzucajcie się od razu na jakieś grand cru, zwykłe białe wino stołowe wystarczy)
1 - 1,5 l bulionu cielęcego (najlepiej domowej roboty)
- 2 ząbki czosnku
- 2 białe cebule
- kilka goździków
- 2 gałązki rozmarynu
- 2 gałązki szałwii
- 2 gałązki natki pietruszki
oliwa

Plastry giczki obtoczyć w mące i podsmażyc na złoty kolor z każdej strony, na rozgrzanej na patelni oliwie. Przełożyć do głębokiego garnka, najlepiej żeliwnego. Zieleninę umyć, osuszyć i pokroić w duże kawałki. Cebulę nadziać goździkami. Warzywa dodać do mięsa razem z umytymi i osuszonymi ziołami. Dodać wino i zalać bulionem cielęcym. Dusić pod przykryciem, na słabym ogniu przez co najmniej 4 godziny. W razie potrzeby dolewać bulion a kiedy mięso będzie już naprawdę dobrze uduszone, zdjąć pokrywkę i gotować tyle czasu, żeby z pozostałego płynu zrobił się zawiesisty sos.

Najlepiej smakuje podane z domowej roboty makaronem lub szafranowym ryżem.

Buon Appetito!




teksty i zdjęcia @ les trois cuillères