Listopad to miesiąc, w którym właściwie nic się człowiekowi nie chce. Wstawać do pracy się nie chce, spacerować po rozmokniętych liściach się nie chce, nawijać włosy na wałki przed wyjściem się nie chce a o samym chodzeniu do pracy już nie wspomnę, bo tego to mi się nie chce na potęgę.
Żeby jednak negatywnie nie nastawiać się na pozostałą połowę miesiąca, próbuję wyłapywać te drobne, ulotne i przyjemne chwile każdego dnia. I nimi się delektować. Dotykać tej miekkiej włóczki, z której w najbliższym czasie (mam nadzieję) powstanie moj szary sweter, który będzie pasował do kozaków i ociepli moje zmarznięte, po drodze do pracy, jestestwo. Albo mandarynki, które rozsiewają po pokoju przecudowny zapach nadchodzących, WIELKIMI krokami, Świąt Bożego Narodzenia. One też pojawiają sią w listopadzie. Mandarynki, oczywiście. Do zupełnie przyziemnych spraw, którymi zajmuję myśli w listopadzie, należy też oglądanie pokazów mody z nadchodzącą kolekcją wiosna/lato i marzenie o tych zwiewnych pastelowych sukienkach, w których zupełnie mi nie do twarzy. I tak skończy się na kolejnej Małej Czarnej. Wszystkie te momenty mają jedną wspólną cechę: zawsze obok znajduje się kubek z herbatą. To, po winie, mój najulubieńszy napój. Owszem, z miłą chęcią sączyłabym winko całymi dniami ale z różnych względow jest to niemożliwe, także herbatka towarzyszy mi na codzień i od święta.
Rano lubię wypić napar z rumianku. Nie dostrzegałam jego przecudownych uspokajających właściwości, dopuki nie wsiadłam pewnego ranka do samochodu aby po raz pierwszy od dawien dawna pojechać nim do pracy. Ostrzegali mnie wszyscy: NIE JEDŹ W GODZINACH SZCZYTU! To szaleństwo, zwariujesz... Korki, kilometrowe korki na obwodnicy Paryża to już legenda. Dlatego ludzie niezbyt często się tutaj odwiedzają. Wsiadłam, więc w nasze Porche, przebrane dla niepoznaki za Twingo i ruszyłam w trasę. Nina Simone w radiu. A ja stoję w korkach i śpiewam na cały głos, przyjaźnie uśmiechając się do depresyjnie wyglądających kierowców w sąsiednich samochodach. Wszystko poszło smooth. Kiedy już dotarłam do pracy, w rewelacyjnym humorze, koleżanka zapytała się co ja za proszki rano biorę, bo ją to interesuje. I wtedy właśnie zdałam sobie sprawę, jak działa na mnie napar z rumianku.
W ciągu dnia rozkoszuję się doskonałym Earl Grey. Skłaniam się nawet ku stwierdzeniu, że dzień bez Earl Grey to dzień stracony. A poza tym, jak mawia pewien pisarz, który niedługo będzie już znany całemu światu czyli Sean Ferrick, "there is no such a problem that cannot be solved with a cup of tea". I agree. Otaczam się przecudownym aromatem bergamotki i całkowicie relatywizuję otaczającą mnie rzeczywistość.
A około 16h przychodzi czas na małe Conieco ( licentia poetica) czyli ciasteczko do herbatki. Może to być znany wszystkim herbatnik (!) petit beurre, kostka gorzkiej czekolady ale najbardziej welcome są toskańskie ciasteczka migdałowe cantuccini. Tradycyjnie podawane do wina na koniec posiłku albo do wina podczas aperitif. I do kawy. W końcu to włoskie ciasteczka. Ja podaję je do herbatki i zwykle nie kończy się na jednym. Kruche, pachnące pomarańczą lub cytrynką. Nie ma co się przejmować pogodą za oknem, kiedy ma się w ustach coś tak pysznego.
A na dobranoc? Na dobranoc, oprócz Reksia, Pszczółki Mai i czułego przytulania się do drugiej połówki polecam napar z kwiatów pomarańczy, bratka i hibiskusa. Już samo wpatrywanie się w wolno opadające suszone kwiatki w przeźroczystym dzbanku kołysze do snu.
Potem wystarczy jeden, drugi i trzeci łyk i odpływam w ramiona Morfeusza by zaznać drogocennego beauty sleep.
Bonne nuit mes amis...
Na 30 ciasteczek
115 g całych i obranych migdałów
450 g mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli
120 g cukru
80 g miękkiego masła
3 duże jajka
2 łyżki wina marsala albo brandy
3 łyżki stołowe kandyzowanej skórki pomarańczowej
1 łyżeczka ziaren anyżu (całych)
Rozgrzać piekarnik do 190°C. Migdały rozłożyc na blaszce i zapiekać przez około 10 minut (aż ładnie się zarumienią). W misce wymieszać mąkę z proszkiem do pieczenia i solą. W osobnym naczyniu (a najlepiej w misce robota kuchennego) utrzeć masło z cukrem na puszystą masę. Dodawać jajka, po jednym za każdym razem. Dodać marsalę i skórkę pomarańczową. Utrzeć wszystko na gładką masę i dodać makę z proszkiem do pieczenia i solą. Dobrze wymieszać. Dodać całe migdały i ziarenka anyżu. Ciasto powinno mieć konsystencję ciepłej plasteliny czyli nie za rzadkie i nie za twarde. Przykryć ciasto folią i wstawić do lodówki na godzinę.
Nagrzać piekarnik do 180°C. Podzielić ciasto na dwie części i z każdej uformować wałek o średnicy 5 cm. Położyć wałki na blaszce wyłożonej papierem do piecznia. Piec przez około 20 - 25 minut aż nabierze złotego koloru. Wyjąć z piekarnika i całkowicie ostudzić. Nie wyłączać piekarnika. Pokroić upieczone wałki na skośne plastry o grubości 1,5 cm. Wyłożyć na blaszce i piec przez następne 8 - 10 minut. Przewrócić na drugą stronę i ponownie zapiekać. Powinny być dobrze zrumienione i bardzo kruche. Wyjąć z piekarnika i całkowicie ostudzić.
Można przechowywać w szczelnie zamkniętym pojemniku nawet kilka miesięcy.
Rano lubię wypić napar z rumianku. Nie dostrzegałam jego przecudownych uspokajających właściwości, dopuki nie wsiadłam pewnego ranka do samochodu aby po raz pierwszy od dawien dawna pojechać nim do pracy. Ostrzegali mnie wszyscy: NIE JEDŹ W GODZINACH SZCZYTU! To szaleństwo, zwariujesz... Korki, kilometrowe korki na obwodnicy Paryża to już legenda. Dlatego ludzie niezbyt często się tutaj odwiedzają. Wsiadłam, więc w nasze Porche, przebrane dla niepoznaki za Twingo i ruszyłam w trasę. Nina Simone w radiu. A ja stoję w korkach i śpiewam na cały głos, przyjaźnie uśmiechając się do depresyjnie wyglądających kierowców w sąsiednich samochodach. Wszystko poszło smooth. Kiedy już dotarłam do pracy, w rewelacyjnym humorze, koleżanka zapytała się co ja za proszki rano biorę, bo ją to interesuje. I wtedy właśnie zdałam sobie sprawę, jak działa na mnie napar z rumianku.
W ciągu dnia rozkoszuję się doskonałym Earl Grey. Skłaniam się nawet ku stwierdzeniu, że dzień bez Earl Grey to dzień stracony. A poza tym, jak mawia pewien pisarz, który niedługo będzie już znany całemu światu czyli Sean Ferrick, "there is no such a problem that cannot be solved with a cup of tea". I agree. Otaczam się przecudownym aromatem bergamotki i całkowicie relatywizuję otaczającą mnie rzeczywistość.
A około 16h przychodzi czas na małe Conieco ( licentia poetica) czyli ciasteczko do herbatki. Może to być znany wszystkim herbatnik (!) petit beurre, kostka gorzkiej czekolady ale najbardziej welcome są toskańskie ciasteczka migdałowe cantuccini. Tradycyjnie podawane do wina na koniec posiłku albo do wina podczas aperitif. I do kawy. W końcu to włoskie ciasteczka. Ja podaję je do herbatki i zwykle nie kończy się na jednym. Kruche, pachnące pomarańczą lub cytrynką. Nie ma co się przejmować pogodą za oknem, kiedy ma się w ustach coś tak pysznego.
A na dobranoc? Na dobranoc, oprócz Reksia, Pszczółki Mai i czułego przytulania się do drugiej połówki polecam napar z kwiatów pomarańczy, bratka i hibiskusa. Już samo wpatrywanie się w wolno opadające suszone kwiatki w przeźroczystym dzbanku kołysze do snu.
Potem wystarczy jeden, drugi i trzeci łyk i odpływam w ramiona Morfeusza by zaznać drogocennego beauty sleep.
Bonne nuit mes amis...
Na 30 ciasteczek
115 g całych i obranych migdałów
450 g mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli
120 g cukru
80 g miękkiego masła
3 duże jajka
2 łyżki wina marsala albo brandy
3 łyżki stołowe kandyzowanej skórki pomarańczowej
1 łyżeczka ziaren anyżu (całych)
Rozgrzać piekarnik do 190°C. Migdały rozłożyc na blaszce i zapiekać przez około 10 minut (aż ładnie się zarumienią). W misce wymieszać mąkę z proszkiem do pieczenia i solą. W osobnym naczyniu (a najlepiej w misce robota kuchennego) utrzeć masło z cukrem na puszystą masę. Dodawać jajka, po jednym za każdym razem. Dodać marsalę i skórkę pomarańczową. Utrzeć wszystko na gładką masę i dodać makę z proszkiem do pieczenia i solą. Dobrze wymieszać. Dodać całe migdały i ziarenka anyżu. Ciasto powinno mieć konsystencję ciepłej plasteliny czyli nie za rzadkie i nie za twarde. Przykryć ciasto folią i wstawić do lodówki na godzinę.
Nagrzać piekarnik do 180°C. Podzielić ciasto na dwie części i z każdej uformować wałek o średnicy 5 cm. Położyć wałki na blaszce wyłożonej papierem do piecznia. Piec przez około 20 - 25 minut aż nabierze złotego koloru. Wyjąć z piekarnika i całkowicie ostudzić. Nie wyłączać piekarnika. Pokroić upieczone wałki na skośne plastry o grubości 1,5 cm. Wyłożyć na blaszce i piec przez następne 8 - 10 minut. Przewrócić na drugą stronę i ponownie zapiekać. Powinny być dobrze zrumienione i bardzo kruche. Wyjąć z piekarnika i całkowicie ostudzić.
Można przechowywać w szczelnie zamkniętym pojemniku nawet kilka miesięcy.







2 komentarze:
Cudny przepis i wpis!:-)a cant.skąd wzielas?nabrałam na mie ochoty,ale bez anyzu-nie lubię.
Z pierwszej ksiaki kucharskiej z jakiej kiedykolwiek gotowalam (no dobra, pierwszej "powaznej" bo taka pierwsza to nazywala sie "przepisy Kubusia Puchatka") czyli "Kuchnia Wloska" z serii Kuchnie z Czterech Stron Swiata, wydawnictwa Astrum. Ale przepis jest troche zmodyfikowany bo oni tam uzyli za duzo masla i cukru.
Prześlij komentarz